ARTpodróże

CHINY 2013


Pinezki zapowiadające miejsca do których chce się dotrzeć, przypięte do mapy świata na którą patrzy się co dzień, dają silną motywację do działania. Państwo Środka zawsze było w planach….

Lot do Pekinu przez Helsinki dłużył się i dłużył. Najtańsza opcja z długim międzylądowaniem. Przylot do stolicy Chin i największe lotnisko jakie widziałam, stacja kolejki podmiejskiej mknącej z prędkością TGV i dworzec kolejowy, bo trzeba dalej jechać pociągiem. I to wszystko w ciągu dwóch dób, bez snu, miliony ludzi, nowoczesne rozwiązania, staruszkowie z wielkimi bagażami zagubieni w cieniu wielkiego miasta. Każdy gdzieś jedzie.

Wybieramy się go Chengde. Kupiłyśmy bilet przez internet jeszcze w Polsce, więc nie było problemu. Kilkanaście godzin w pociągu, klasy najniższej – jak zwykle, jesteśmy jedynymi Europejkami w przedziale. Nie da się spać – pytania, odpowiedzi, przyglądanie się nam z uwagą i omawianie na bieżąco naszego wzrostu, koloru skóry, włosów… Trzeba się przyzwyczaić – tak już będzie;-)

Chengde – niewielka, ale malownicza górska miejscowość otoczona łańcuchem górskim Yunshan, dawna siedziba mandżurskich Cesarzy, początek naszej trasy. Pałac Bishu Shanzhuang to pierwszy nasz kontakt z Chińską architekturą, piękne ogrody, sale pałacu o pięknych eterycznych nazwach- „sala orzeźwiających fal i mgieł”, „sala skromności i szczerości” - piękny kompleks, w którym spędzić można cały dzień. Ulubione miejsce wielkiego przewodnika narodu Mao Zedonga. Siadał na kamieniu i pisał wiersze. Na tym kamieniu do dzisiaj należy składać kwiaty;-) Warte obejrzenia są także świątynie Putuzoncheng Miao i Shuxiang Si, Świątynia dokładnie wzorowana na tybetańskiej Potali – święte miejsce wyznawców tej religii. Z ogrodów wokół widać „Skałę Młota” – maczugę wbitą w ziemię grubszą częścią. Jak głosi legenda - Smok wbił w ziemię tę igłę, bo wyciekało z niej morze– kiedy się przewróci, upadnie chińska cywilizacja…

Kolejnym etapem naszej podróży jest Beidaiche – jedziemy nad morze żółte, kilkanaście godzin drogi pociągiem. Chcemy odpocząć na piasku i zobaczyć jak Chiński Mur znika w morzu w Shanhaiguan. Współczesne nadmorskie kurorty – dostępne głównie dla Rosjan, są fascynującą mieszanką komunistycznego ascetyzmu i jarmarcznego kiczu. Bardzo trudno znaleźć tam nocleg. Hotele najdroższych sieci i wiele hoteli, które nie mogą nocować Europejczyków. Kilka godzin poszukiwań noclegu z dobytkiem na plecach i znowu Anioł Stróż przysłał mówiącego po angielsku Chińczyka mieszkającego w Ameryce – bardzo nam pomógł, bo sytuacja nie wyglądała dobrze. Na plaży też nie wolno nocować. Chińczykom najczęściej wydaje się że mówią po angielsku, więc język migowy i pismo obrazkowe – rozwija się w podróżnikach do perfekcji, bo są cudowni, za wszelką cenę chcą pomóc i bardzo się starają;-) Ogromne wrażenie robi chiński mur, wchodzący w otchłań morską. To „Pierwsza Brama Pod Niebiosami”, która była symbolicznym wejściem do państwa środka.

Dalej wyruszamy do Xianu, ale najpierw zakup biletu na pociąg na wielkiej stacji Quinguandao. To nasz pierwszy kontakt z kasami biletowymi na dworcu. W Chinach bilet kupuje się z 10 dniowym co najmniej wyprzedzeniem, w kolejkach często stoi się trzy godziny… ale jak wytłumaczyć gdzie chce się pojechać , kiedy nikt nie mówi po angielsku??, a nie zapisaliśmy nazwy miejscowości w „krzaczkach”, a w ogóle to chcemy jechać za dwa dni i kupić możemy tylko bilety tam, gdzie są jeszcze wolne miejsca;-)) stres, pełna koncentracja, każda z nas w innej kolejce do kasy…Cud, są bilety do Xianu. Nigdy nie cieszyłam się tak z biletu kolejowego. Xian miał być późniejszym celem naszej podróży, ale co tam…

Xian, jedno z piękniejszych i przyjaznych dużych miast w Chinach. Pradawna Stolica. Nocleg w bardzo przyjaznym hostelu Huayan, tuż przy murach obronnych okalających miasto. Można spacerować nimi i jeździć na rowerze obserwując panoramę Xianu. Pagoda Dzikiej Gęsi z dynastii Tang, Wieża Bębna, Wieża Dzwonu, muzeum Shaanxi, piękna dzielnica muzułmańska –kobiety o chińskich rysach twarzy okryte czadorem, tłumy w krętych uliczkach, surowe mięso na straganach, słodkości, przyprawy, barwna niezapomniane miejsce. Odwiedziłyśmy także Teatr w Xianie, oglądając widowisko taneczno-akrobatyczne oparte na tańcach historycznych dynastii Tang. Terakotowa Armia – robi wrażenie swą wielkością, podobnie jak chiński mur, ale nie zachwyca aż tak bardzo podróżników, którzy już trochę widzieli…
Kończymy naszą podróż powrotem do Pekinu, skąd startujemy do Warszawy. Kilkanaście godzin w pociągu i odpoczynek w hostelu młodzieżowym. Zaczynamy od wizyty w Ambasadzie Polskiej. Przeprowadzam tam akcję „W osiemdziesiąt barw dookoła świata, moje miejsce-moje marzenia” w ramach której polskie dzieci malują obrazki i piszą listy. Jest okazja, aby pogadać z Polakami mieszkającymi w Chinach. Pekin to oczywiście „Zakazane Miasto”, które istotnie robi wrażenie, Plac Tiananmen i wszechobecny Mao, każdego ranka wynoszony w szklanej trumnie. Jest kłopot - odpada mu ucho…Nie wolno się śmiać i trzeba zachować powagę, nie odważyłyśmy się wejść . Świątynia Nieba i Pałac Letni, to wszystko miejsca barwne i piękne, osnute nowoczesną odważną architekturą Pekinu. Hutongi - ciche i senne, w których życie toczy się wolno i spokojnie. Kaczka po pekińsku, pierogi z pysznościami wewnątrz, gotowane warzywa z jagnięciną, aromatyczne zupy, herbata z główek nagietków. Wszystko to przygotowywane w zgodzie z tysiącletnią tradycją…

W każdej podróży najważniejsi są jednak ludzie, ich codzienność. W parkach setki ludzi rano ćwiczących tai- chi, wieczorami śpiewających i grających na instrumentach. Setki ludzi tańczących na placach, uśmiechniętych, ciepłych, zaciekawionych, kiedy ustawiamy się w szeregu i tańczymy z nimi. Chińczycy są nerwowi. Tak wydawało mi się, kiedy nie byłam w Chinach. Chińczycy są witalni, to nie nerwowość. W kolebce Konfucjonizmu, ludzie żyją spokojnie, są mądrzy, zdystansowani, honorowi, bogaci duchowo, potrafią zdrowo się odżywiać, pamiętając o prawidłach kuchni pięciu przemian, która jest cudowna i każdy podróżnik ją celebruje . Jednak są zniewoleni, nadal zniewoleni systemem komunistycznym, choć Mao dawno już nie żyje. Nie mogą być wolni do końca i chyba są jedynym z niewielu narodem, który przez swą mądrość i dystans umie żyć w tym systemie z godnością.


GRUZJA 2011


Kiedy przyszedł czas, że Bóg dzielił świat, rozdawał wszystkim po równo. W swej mądrości rozdawał narodom ośnieżone szczyty, soczyste lasy, bezkresne morza, wijące się rzeki, pustynie i stepy. Był sprawiedliwy i hojny. Ustawił się przed nim wielki tłum pragnących jak najlepszych ziem. Był jednak naród, który postanowił poczekać, nie stać w kolejce, ale oddać Bogu radość i miłość w śpiewie i tańcu. Usiedli zatem ludzie na skraju lasu – śpiewali Panu najwyższemu psalmy , poili się winem, wznosili toasty. Kiedy Bóg skończył pracę i rozdał ziemie – zobaczył grupę rozradowanych Gruzinów. Zapytał - A Wy ludzie nie stanęliście po swoją ojczyznę?
- Nie Panie – woleliśmy oddawać cześć Tobie, pieśnią i radością, i tak nam zeszło, że nie zauważyliśmy, jak skończyłeś. Co z nami będzie…? Nie dostaniemy matki ziemi??
Bóg zamyślił się i powiedział – Zaimponowaliście mi swoim śpiewem i radością. Odłożyłem dla siebie kawałek żyznej ziemi, oddam ją Wam. Opiekujcie się nią i dbajcie o nią…..
I tak Gruzini otrzymali największy dar…

Gruzja to kraj ludzi, dla których ojczyzna jest całym światem. Przemierzyć Gruzję to przemierzyć cały świat. Wiecznie ośnieżone szczyty Kaukazu można podziwiać z obszarów, gdzie panuje subtropikalny klimat, z ciepłym morzem. W tym kraju krzew winorośli jest niemal skarbem narodowym, a picie wina jest tylko pretekstem do wznoszenia toastów, wygłaszania peanów i ganienia złych uczynków.
Kiedy dotarliśmy do Tbilisi panowała noc, stare miasto oświetlone blaskiem latarni wyglądało monumentalnie. Pięknie oświetlone cerkwie, w których każdy kamień pamiętał antyczną historię. Każdy dom i kamienica, która ma dwieście lat – jest tu przecież w miarę młoda. Ze stolicy Gruzji organizujemy wypady w głąb kraju. Wszędzie jest tu blisko, to kraj wielkości ¼ Polski. Po spenetrowaniu uliczek, murów obronnych, pięknego ogrodu botanicznego, pomnika Matki Gruzji i wymoczeniu się w tureckiej bani postanawiamy wyruszyć na drogę wojenną. Kaukaz – czekamy na ośnieżone szczyty Kazbegu i mroźne powietrze przy klasztorze Gergeti. Sama podróż wojenną drogą to wielka przygoda. Przypomina trochę rumuńską trasę transfogarską w Karpatach, ale jest jeszcze wyższa i momentami zapiera dech w piersiach. Jedziemy osobówką z Griegorijem, naszym przyjacielem. Pomimo, że droga jest wyboista, a czasami wręcz tej drogi nie ma, mknie 120 na godzinę, przepaście po lewej, przepaście po prawej i niezwykłe oszałamiające widoki i przestrzeń – wielka przestrzeń Kaukazu. Po drodze Mchceta, wodospady i już robi się zimno… Wysokie góry. Docieramy do Gergeti, zatrzymujemy się u Nazi, naszej gospodyni. Kiedy dotarliśmy- Kaukazu nie było. Schował się za mgłą. Tak czekaliśmy, a tu takie przywitanie… Kazbeg i klasztor Gergeti, który chcemy jutro zaatakować, też schowany za chmurami. Co będzie jak nie uda nam się zobaczyć tego szczytu??
Nazi przygotowała pyszną zupę, nalała szklaneczkę czaczy i pocieszyła nas… Zobaczycie – jutro góra się pokaże. Tylko musicie wcześnie wstać. Jak tu wstać wcześnie, jak w nocy supra – dziewczyna z Polski swatana z synem Nazi. Suszona ryba, czacza, wino i toasty, dużo, toastów. Rano ruszamy na górę.

Docieramy do klasztoru. Góry niewidoczne, za chmurami, chmury troszkę się rozpraszają i widać zarysowane szczyty. Ruszamy trasą na lodowiec, jest słonecznie i ciepło. Nie ma oznaczonej trasy, więc ruszamy za konnymi tragarzami, wlekącymi sprzęt alpinistyczny. Idziemy granią i obiecujemy sobie, że dotrzemy na lodowiec. Tak bardzo byśmy chciały… Widoki cudnego klasztoru i gór wokół – to taki widok którego nigdy nie zapomnę. Przestrzeń ciszy, spokoju i niezmienności przez tysiące lat w górach. Po kilku godzinach marszu nasza współtowarzyszka ma problemy z ciśnieniem. Nie chcemy ryzykować. Wracamy kilkugodzinną trasą z klasztoru do wsi. Wieczorem Kazbeg lekko odsłania szczyt. Widok zapiera dech w piersiach. Szczyt jest ośnieżony. Nazi mówi, że kiedy odsłoni skały i zejdzie śnieg – nastąpi koniec świata… Śniegu jeszcze dużo, więc wszyscy możemy spać spokojnie…

Wracamy do Tbilisi – potem wyruszamy marszrutką do Signagi – maleńkiego miasteczka. Tam znowu uczta. Spotkanie z Litwą, Łotwą, Francją i Katalonią. Na placu boju zostaje tylko Polska i Katalonia.

Po kilku dniach wyruszamy nad upragnione morze. Ruszamy nocnym pociągiem – kupujemy bilet na IV klasę. Kasjerka nie może wyjść z podziwu, że nie chcemy jechać I klasą. IV klasa do Batumi – to klimatyzowany wagon z lotniczymi siedzeniami, w którym każdy ma numerowane miejsce. No cóż… podróż pociągiem nad nasze morze wygląda trochę inaczej. Docieramy rankiem do Batumi, potem marszrutką do Gonio. Piękne średniowieczne miasteczko z murami obronnymi, tam zostajemy na kilka dni plażowania. Potem wracamy do Tibilisi, aby spotkać się z naszą przyjazną gruzińską duszą Mzią, aktorką-dyrektorem Studia Piosenki „MUZA”, którą poznałyśmy w metrze. Spytałyśmy o drogę, a Mzia opiekowała się nami w trakcie trzech tygodni. Zaprosiła nas do swojego domu na suprę, poznałą z rodziną. Pokazała nam Tbilisi, obdarowała prezentami, długimi opowieściami i serdecznością. Gruzja to piękny i ciekawy kraj. Najpiękniejsi są jednak ludzie. Ich otwartość, serdeczność, ciepło i bezinteresowność zachwycają i zawstydzają. Mzia i jej rodzina to dla nas bogactwo wiedzy o Gruzji i wiedzy o ludziach, którzy pomimo biedy i trudnego życia, są serdeczni i dzielą się wszystkim co mają, śpiewając pieśni i wznosząc toasty. A Pan Bóg? Cóż patrzy z góry i cieszy się, że jego ziemia ma takich gospodarzy…



INDIE, NEPAL 2009

Dzieci z Panauti
Wolontariat Shree Bhaleshwor Secondary School in Panauti Nepal

Panauti - mała wioska w Himalajach, tam czas stanął w miejscu jakieś 100lat temu...
Aby tam dotrzeć trzeba przemierzyć tysiące kilometrów, czując wiatr za plecami który pomaga brnąć do przodu. Trzeba też szczęścia, trzeba czasu, aby móc być z innymi ludźmi, tak długo jak się tego potrzebuje, aby się im przyjrzeć, zbliżyć, zaprzyjaźnić, No…trzeba też mieć trochę pieniędzy, ale nie aż tak dużo, nie trzeba wszędzie dotrzeć samolotem, można lądem, pociągiem, rikszą, autobusem, stopem i stopą… Wtedy podróż ma smak, zostaje w nas na całe życie… Z Kijowa do Delhi lecimy ukraińskimi liniami – tak jest najtaniej. Pięć godzin na lotnisku w oczekiwaniu na tupolewa, niekończące się rozmowy o zaćmieniu słońca, na które czeka wielu napotkanych podróżników, rozmowy o wyprawach, planach - Antarktyda rosyjskim lodołamaczem?? Czemu nie…


W Delhi uderza nas gorące, wilgotne powietrze… Od tej chwili wszystko jest inne, fascynujące i zwariowane. Indie można kochać i nienawidzić równocześnie… Kolejne dni to podróże indyjskimi pociągami klasy sleeper. Pociągi w Azji – to temat na epopeję. Mamy już za sobą 6 dniową podróż na Syberię, ale to nie to samo co szalony pociąg w Indiach. Ludzie w niewyobrażalnym tłoku lewitują w przedziałach. Ci którzy nie weszli do środka wiszą w drzwiach. Dworce pełne ludzi, riksze, na każdym kroku bakszysz, potworna bieda, śmieci, upał, piękne wielobarwne kobiety, muzyka, odurzające zapachy kadzidła, cudowne budowle, intrygujący i piękni ludzie. Kontrasty miliony kontrastów. Wszystko to oszołomienie dla zmysłów i rozumu. Jak to wszystko ogarnąć?…

Potem Agra, Taj-Mahal, noc na dworcu, targowanie cen, kilka godzin w taksówce, za oknem bieda indyjskich wiosek i jesteśmy na granicy Indii i Nepalu. Załatwiamy formalności, robimy zdjęcia do wizy (fotograf robi je telefonem - za jedyne 40dolarów) i otwiera się szlaban… przenosimy na butach pył indyjskiej drogi na nepalską ziemię. Potem mrożąca krew w żyłach 20 godzinna nocna podróż autobusem serpentynami nad przepaściami. Bagaże na dachu w monsunowej ulewie, ślisko na zakrętach, z siedzeń wyłazi trawa morska i druty, bo autobus ma lat ze dwadzieścia, a mknie z prędkością budzącą obawę. Czy ta machina to wytrzyma?? Trud podróży umila za to mnóstwo przyjaciół i głośna muzyka… Nocny postój - ryż z jednej miski jedzony rękami, krzykliwe nawoływania i rozmowy. Potem świt – najpiękniejszy w życiu świt: Himalaje, tego się nie zapomina, kolejne zdjęcie w pamięci podróżnika… To co, że niewygodnie było, że druty… Dla tych chwil warto było czekać.

Dolina Katmandu o świcie, tutaj spokojniej niż w Indiach, łóżko – od kilku dni nie odpoczywałyśmy i woda pod prysznicem… Co za luksus, czas na piwo najlepsze w Nepalu „Mount Everest”, pamięci Tenzinga na Durbar Square. Tylko chwila, bo trzeba ruszać dalej. Dzieci z Panauti czekają. Następnego dnia już na dachu autobusu, czterogodzinna podróż do Panauti, potem Shiva Temple (piękna pięćsetletnia świątynia) u stóp której odpoczywamy, poszukiwanie kwatery i jesteśmy zadomowione. Znowu Anioł Stróż nad nami czuwał.
Mieszkamy w dwustuletniej chacie -klepisko, siennik, woda w studni, komary i pyszne jedzenie, nocne rozmowy przy świecach z Krischną - naszym gospodarzem. Słońce zachodzi za horyzontem o 17.00, gasną światła – bo elektryczność jest tu tylko dla bogatych - a budzi się o 4.00. To nasz nowy rytm życia. Rankiem idziemy do szkoły, witamy się z dzieciakami, nauczycielami, prowadzimy zajęcia, potem wracamy do domu i tak mijają dni. Dzieci są fantastyczne, trochę wstydliwe na początku, potem już coraz śmielsze. Szkoła przypomina „wspomnienia niebieskiego mundurka”. Klepisko, drewniane ławy, nieotynkowane ściany, szare zeszyty, drewniane piórniki, ale uśmiech i gwar na przerwach taki sam. Tyle że bez MP4, I-podów i opowieści o grach komputerowych. Można przecież bawić się kółkiem od roweru i latawcem z nylonowego worka… Przecież jest się dzieckiem…
Opowiadamy o Polsce młodszym dzieciom - gdzie jest? – na starym szkolnym globusie jest częścią Rosji. U was nie ma lwów i tygrysów i słoni… Jak to, przecież u nas są…
Piszemy listy do dzieci z Polski, malujemy prace plastyczne, będzie wspólna wystawa, w Polsce i Nepalu, tańczymy do góralskiej muzyki. Opowiadają nam jak żyją. Mają marzenia – chcą być pilotami, pielęgniarkami, piosenkarkami i aktorami. Po szkole pracują w polu, zbierają ryż, albo opiekują się licznym rodzeństwem. Po lekcjach odprowadzają nas do domu. Agnieszka uczy ich angielskiego, a ja prowadzę zajęcia ze sztuki. Najważniejsza jest dla nas lekcja plastyki. Niby nic, ale to pierwsza taka lekcja w ich życiu. Pierwszy raz mają w rękach pędzel, kredki i pastele… Nie potrafią odróżniać jeszcze wszystkich pastelowych kolorów - what is a colour of the sunset?? Udało nam się kupić tylko 7 pędzli, a dzieci jest 35. Na początku chciały rysować tylko znanym sobie ołówkiem – po chwili sięgnęły po plakatówki – malowały palcami, pędzla się trochę obawiały. Po kilkunastu minutach pędzli już brakowało, bo każdy chciał spróbować. Brush, brush, madame!!! Niezwykłe takie lekcje, kiedy pokazuje się świat dla nas już dawno odkryty…

Czas się rozstać, musimy jechać dalej. Chcemy zobaczyć dżunglę i Pokharę - tam można zobaczyć białe ośnieżone szczyty. Znowu dachy autobusów, pył przebytej drogi. W międzyczasie jeszcze spływ Khali Gandaki. Jest monsun – woda wysoka, ale płynie się fantastycznie. Nasza drużyna - trzy Polki, ośmiu Chińczyków i dwóch Nepalczyków. Dołączyła do nas Iza - poznałyśmy ją na lotnisku w Kijowie. Po kilku dniach wymarzone White Mountains – Annapurna zza monsunowej mgły wygląda tak niezwykle. Czas miesięcznej wyprawy dobiega końca. Trzeba wracać.
Iza–jest właścicielką dobrze prosperującej firmy-ufundowała laptop, który pojechał do szkoły w Panauti z wyprawą podróżnika Łukasza Walla.

Wolontariat – sposób na podróż marzeń. Można poczuć więcej, być bardziej i pomóc. Naprawdę warto…


SYBERIA 2008


Od kilku lat wspólnie ze znajomymi organizuję wyprawy te bliskie i te dalekie. Moją pasją są podróże, które od początku do końca sami planujemy i realizujemy. Mają one przewagę nad tymi, wykupionymi w biurze podróży. Są przygodą nieobliczalną, zaskakującą i trwającą dużo dłużej niż typowa podróż…. Kilka miesięcy wcześniej trzeba rozejrzeć się za najtańszym biletem na pociąg , samolot, autobus, znaleźć przyjazną bazę noclegową, przeczytać co warto zobaczyć, rozejrzeć się na forum podróżników, obejrzeć relacje z wypraw. Taka podróż trwa kilka miesięcy, a zostaje w nas na bardzo długo – potem już tylko trzeba, pojechać i wrócić szczęśliwie. A za rok planować kolejne marzenia do zrealizowania. Odkąd na lekcji geografii w podstawówce, nauczycielka powiedziała nam, że w Rosji, a raczej w Związku Radzieckim jest takie jezioro-które jest większe od morza i że tam pociągiem jedzie się chyba z tydzień, postanowiłam że kiedyś tam pojadę.

Na Syberię wyruszyłam z ciekawości do surowej Rosji…. Co więcej namówiłam do tego pięć osób, dość niechętnych na przejazd pociągiem transsyberyjskim. Motywacja była silna -6dni w pociągu, bez mycia?, w jednym przedziale?, Kilometry na nogach z plecakami?, mycie w ruskiej bani?, kąpiel w Bajkale? herbata z samowara?, zwiedzanie irkuckich galerii sztuki?, podróż do Arszanu?, Szamani z Olchonu? Bilans był prosty. Wszyscy się przekonali…

Podróż transsyberią to powolne przechodzenie w kilka odrębnych światów, zmieniające się pejzaże, wysiadający i wsiadający ludzie, którzy odchodzą w swoją stronę, a my ciągle w miejscu z myślą o tym, że za kilkadziesiąt godzin my też będziemy wysiadać, a tam będą inni ludzie i inna historia. Kiedy wysiedliśmy, czekała na nas marszrutka i kilka godzin jechaliśmy do Bolszoje Gołoustnoje.

Kiedy dotarliśmy, panowała we wsi absolutna ciemność. Czekała na nas kochana Irina-nasza gospodyni, która nakarmiła i położyła spać, zmęczenie wzięło górę nad podnieceniem związanym z oczekiwaniem, jaki będzie ten świat kiedy oświetli go promień słońca… Rankiem kiedy otwarliśmy oczy zobaczyliśmy z okna step-nieskończony, zielonkawy i bezkresny, za nim w dali roztaczał się Bajkał – morze Syberii…

Kolejne dni to odwiedzanie wsi, Bajkał błękitny, spacery w tajdze, rozmowy z ludźmi, wielogodzinne przebieżki po stepie, który nigdy się nie kończy, kąpiel w ruskiej bani i pyszne czeburiaki, pielmieni, ucha. W sklepie za zakupy płaci się sumy obliczone na drewnianym wielkim liczydle, tam świat jest naprawdę inny i fascynujący. Tam na Syberii jest takie niebo – którego nie ma nigdzie indziej, kiedy leżeliśmy nocą na trawie i patrzyliśmy w górę, to tak, jakbyśmy leżeli w środku wielkiego namiotu cyrkowego. Wszędzie wokoło kopuła niezliczonych gwiazd. Spotkania przy ognisku z ludźmi z wioski, ich opowieści, codzienne życie i bliskość natury, nie tkniętej cywilizacją, to coś co warto przeżyć, by zapamiętać w sobie na zawsze.

Nasza trasa prowadziła przez Bolszoje Gołoustnoje, Irkuck, Listwiankę, Port Bajkał, Arszan. W Irkucku zachwyciła nas architektura, współczesność współgra tu z zapadającymi się drewnianymi domami z XVIII w. Okna tych domów są do połowy pogrążone w ziemi – efekt ocieplania się klimatu Syberii i budowania domów w czasach wiecznej zmarzliny. Budzące zachwyt budowle Cerkwi, które przez wiele lat służyły jako magazyny odzieżowe, albo żywnościowe, teraz po latach słyszą szepty modlitwy wiernych. W Arszanie u podnóża gór Sajan dotarliśmy do Chojmorskiego Dacanu – buddyjskiego klasztoru, który zachwyca sąsiedztwem 12 wodospadów na rzece Kyngarga i szczytem Pik Lubwi. Port Bajkal - kilka chałup rybackich, przystań oraz końcowa stacja tzw. Kolei Krugobajkalskiej wiodącej do Sludianki. Ostatni pociąg odchodzi bardzo wcześnie, stąd noc spędzona na dworcu klejowym w towarzystwie prowadnika pociągu. "Krugobajkalka", jak nazywają tę kolej miejscowi to także ewenement na skalę światową ze względu na teren po jakim biegnie ta trasa. Aby wybudować linię kolejową na tym odcinku budowniczowie musieli przekopać aż 38 tuneli, których długość wynosi ponad 9km (1/10 trasy przebiega w tunelach). Oprócz tuneli, na trasie znajduje się także 18 galerii. Do takich konstrukcji zmusiły warunki naturalne. Skalisty brzeg raczej nie nadawał się do umiejscowienia w tam linii kolei. Jednak przeprawy promowe z Irkucka do Mysowej przez Bajkał były zbyt czasochłonne i niebezpieczne, dlatego postanowiono za wszelką cenę wybudować brakujący fragment Wielkiej Magistrali Transsyberyjskiej. Trasa krugobajkalki wiedzie przez piękne tereny widokowe, jedne z najpiękniejszych w Rosji. Listwianka, to miasteczko w którym Angara bierze swój początek, a panoramę Angary i Bajkału można podziwiać ze wzniesienia „Kamień Czerskiego”. Miasteczko jest coraz nowocześniejszym centrum turystycznym, które odwiedzają duże grupy turystów. Syberia 2008 – podróż w poszukiwaniu ciszy, nieskażonej przyrody, ludzi żyjących inaczej, duchów buriackich szamanów i romantyzmu Bajkału – morza Syberii.